Aslan, dzielny i kochany kocurek, który walczy o sprawność... Poznaj jego historię!

Aslan to dzielny kocurek, który walczy o sprawność... Niestety, jego jedyną szansą jest kosztowna operacja, która przekracza możliwości finansowego jego opiekunów. Historia kocurka jest wzruszająca, zachęcamy was do przeczytania o jego losach. Opowiada Pani Joanna, która go uratowała, pokochała i dała szansę na życie...

ZBIÓRKA ASLANA >>TUTAJ<<

Wyrok.

„Trzeba go uśpić” – powiedziała pani doktor chirurg, wpatrując się w wykonane właśnie zdjęcie rentgenowskie. „Proszę pani, nie ma wyjścia, trzeba zaoszczędzić mu cierpienia, najlepiej zrobić to teraz, ten kotek jest ciężko niedorozwinięty, w ogóle nie ma kolanek, nigdy nie będzie w stanie normalnie funkcjonować…”.

Zapadła grobowa cisza. Trzymałam w swoich dłoniach maleńką, puchatą, 8-tygodniową kuleczkę o której była mowa. Kociątko, od zawsze niczyje, urodzone z dzikiej mamy, w jakiejś stodole, odłowione przez mnie dwa tygodnie wcześniej razem z jedyną siostrzyczką, która do tego dnia dożyła…

Kociak był wyniszczony chorobami i pasożytami, szkielecik obciągnięty skórą, a jego długa sierść, zmierzwiona, pozlepiana i skołtuniona, była pozbawiona blasku… „To co, eutanazja?” – padło ponaglające pytanie, które wyrwało mnie z zadumy… Spojrzałam na maluszka. Jego wielkie, okrągłe oczy patrzyły na mnie z ufnością. Choć był dzikim kotkiem, leżał spokojnie na moich rękach, których zapach i czuły dotyk już zdążył poznać… Nie, nie będzie eutanazji. Nie pchałeś się na ten świat koci dzieciaku, ale skoro już tu trafiłeś, nie pozwolę Cię od tak po prostu zmarnować. Będziemy walczyć, szukać ratunku aż do skutku. Nie zostawię Cię teraz, bo skoro spotkałeś mnie na swojej drodze, to znaczy, że tak miało być. Nic się nie dzieje bez przyczyny, widocznie ktoś uznał, że to ty jesteś moim przeznaczeniem, a ja mam być twoim człowiekiem… Pożegnaliśmy się z panią doktor, zabraliśmy do domu leki, odżywki, karmę i wszystko co nam było potrzebne w tych pierwszych tygodniach wspólnej drogi. Najpierw musieliśmy opanować wszystkie choróbska które się do naszego maluszka przypałętały, dopiero potem miał nadejść czas na szukanie nadziei na życie dla niego…

Początek.

Pewnie nigdy bym się nie dowiedziała o tej kociej rodzince, żyjącej dziko na skraju lasu, gdyby Aslan któregoś dnia nie wparował prosto pod koła mojego samochodu, doprowadzając mnie do zawału serca i wychodząc z całej sytuacji bez żadnego szwanku. Tak się o nich dowiedziałam, ale nic nie było na początku oczywiste. To była wieś, mnóstwo włóczących się „czyichś” kotów, musiałam popytać ludzi, dowiedzieć się, czy Aslan i jego mama mają swój domek? Niewiele osób chciało rozmawiać o kotach, a co to kogo obchodzi, czy tam jakiś kot nowy łazi, czy stary… W końcu ustaliłam, że Ziuta pojawiła się znikąd, nagle na przełomie kwietnia i maja na skraju lasu, tuż za ostatnim domem we wsi. To już mi pasowało do znanego niestety schematu – w tym rejonie wielokrotnie widzieliśmy błąkające się przed wakacjami zwierzęta, psy wyrzucane z pędzącego samochodu, lub po prostu pozostawiane na poboczu ruchliwej szosy…

Ziuta miała około roku i była wtedy w ciąży. Nikogo nie obchodziła, nikt jej nie dokarmiał ani nie dał jej domu, czy choćby schronienia przed deszczem… Możliwe, że prawie nikt o niej nawet nie wiedział, dopóki Aslan nie wskoczył mi pod samochód…

Kocia Mama.

Ziuta była mądrym kotkiem. Wybrała na gniazdo najbezpieczniejsze z możliwych miejsce – zaryglowaną i zamkniętą na cztery spusty, starą stodołę. Tu się okociła i odchowywała maluszki. Nocami wymykała się, żeby polować, przez małą dziurkę w drewnianych wrotach. Żaden pies nie miał szans się tamtędy wślizgnąć do stodoły, a jednocześnie fakt, że stodoła graniczyła bezpośrednio z obejściem pełnym ujadających psów, zapewniał Ziucie i jej rodzinie ochronę również przed dzikimi drapieżnikami, których nie brakowało w pobliskim lesie. Gdy maluchy podrosły, zaczęła wyprowadzać je na spacery na pobliską łąkę i tak zdradziła swoją kryjówkę. Pani, do której należała stodoła, pewnego dnia postanowiła, że musi w niej posprzątać. Wiedziała, że są tam kocięta, była już przeze mnie uprzedzona, że ja te maluchy w sobotę spróbuję odłowić i zabrać, bo dopiero wtedy będę miała klatkę-łapkę. Nie zaczekała. W piątek odryglowała drzwi i wpuściła swoje ujadające psy do środka… Trudno mi wyobrazić sobie, co czuła wtedy Ziuta, jak bardzo była przerażona, widząc, że do jej maleństw zaczynają się dobierać rozsierdzone psy… Kiedy wróciłam tego dnia z pracy i zobaczyłam odryglowaną stodołę, a w niej biegające wesoło psy, zrobiło mi się słabo… Byłam pewna, że już po kotkach… Ale co tam kogo obchodzi, jakiś kot nowy czy tam stary, który się błąka… „Niczyj przecież, nie nikt go tu nie dokarmia, myszy przecież nie zbraknie na polu”.

Poszukiwania.

Sprawa się skomplikowała, bo wcześniej wiedziałam, gdzie Ziuta ma gniazdo i mogłam zaplanować akcję odławiania. Teraz zniknęła, przepadła jak kamień w wodę i kilka dni jej nie widziałam. Starałam się nie myśleć, że jej już może nie ma, nie tracić nadziei i czekać. Po kilku dniach przybiegła o zmierzchu na tyły stodoły, miauknęła, widząc, że stoję już z puszeczkami karmy i otarła mi się o nogi. Kociątek przy niej nie było, ale wiedziałam, że ona przeżyła, więc miałam nadzieję, że jakimś cudem udało jej się przenieść dzieciaki w bezpieczne miejsce. Przez kilka kolejnych dni zjawiała się punktualnie na karmienie. To wtedy też wybrała sobie swoje późniejsze imię… Pewnego wieczoru zauważyłam ją, stojącą daleko na skraju drogi. Zawołałam „Klara!” – bo jakoś to imię pasowało mi do pięknej, smukłej czarno-białej koteczki o długich nogach. ? Spojrzała na mnie tylko i odwróciła głowę z pogardą. Zawołałam ponownie, tym razem „Ziuta!”, a ona puściła się truchcikiem w moją stronę i z niesamowitą radością zaczęła ocierać się o moje nogi, mrucząc jak szalona… Została już Ziutą i co ciekawe, prawie zawsze przychodziła, gdy ją wołałam tym imieniem…

Maluszki.

Kiedy już wiedziałam, że Ziuta przeżyła i prawdopodobnie ukryła kocięta gdzieś w lesie, zaczęły się podchody. Chciałam je odłowić, mieszkały zdecydowanie za blisko ruchliwej szosy, gdzie pędzące samochody nie miały w zwyczaju zwalniać, gdy na horyzoncie pojawiał się jakiś kot albo pies, bo co to tam kogo jakiś jeden pies czy kot obchodzi, tego nie będzie, to będą inne… Cała akcja odławiania nie była wcale prosta, bo Ziutę bez problemu brałam już na ręce (zdążyła się ze mną zaprzyjaźnić), ale kociąt nigdy ze sobą nie przyprowadzała na karmienie. Gdy zastawiałam klatkę łapkę, znajdowałam w niej przeróżne koty lub inne zwierzęta, ale nigdy nie złapały się w niej Ziutowe dzieci. Dopiero po wielu dniach niepewności, Ziuta przyszła na karmienie jak zawsze i czekała już na mnie na tyłach stodoły, gdy zbliżałam się z kolacją.

Schyliłam się do jej miseczek i wtedy w wysokich trawach okalających miejsce naszych spotkań coś mi błysnęło… To były piękne, okrągłe oczy maleńkiego, puchatego kociaka… Koci bobas siedział dwa metry dalej i wpatrywał się we mnie spięty jak struna, gotowy do ucieczki. Wzruszenie ścisnęło mi gardło, a więc maleństwa żyją! To cud, że przetrwały… Nie zastanawiając się długo włożyłam Ziutę do transporterka i postawiłam ją obok klatki łapki, w której z kolei ułożyłam przysmaki jako zachętę. Odeszłam. Po kliku minutach szczęknęła zapadka i w klatce znalazłam przepiękną, malusieńką trikolorkę.

Odniosłam ją do domu, nastawiłam pułapkę ponownie i po krótkiej chwili odłowiłam również kocurka. Maluch razem z Ziutą został odniesiony do odłowionej wcześniej siostrzyczki, a klatkę nastawiłam jeszcze raz, dla pewności, żeby nie został na wolności bez opieki żaden inny kociak, bo przecież nie wiedziałam, ile dzieci Ziuty przeżyło? Ale więcej maluszków już nie było i żadne kociątko się nie złapało. Rodzinkę miałam wreszcie w komplecie, w bezpiecznym miejscu, w domu… Odetchnęłam z ulgą, wydawało mi się, że teraz będzie już dobrze…

Aslan – niepełnosprawność.

Początkowo maluszki przechodziły kwarantannę i mieszkały razem z Ziutą w ogromnej klatce hodowlanej, w której urządziłam im przytulny i wygodny pokoik. Po pierwszej wizycie weterynarza zaczęliśmy standardowe leczenie, odrobaczanie i odżywanie, walki z biegunkami, wymiotami i katarem, bo oba kociątka były bardzo wyniszczone, tak, że prawie nie miały siły stawać na maleńkich łapkach. Mniej więcej po tygodniu zaczęłam maluszki wypuszczać na krótkie spacery po pokoiku w którym mieszkały i wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że Aslan powłóczy nóżkami.

Nie byłam pewna, czy chodzi tak, bo się jeszcze boi, czy coś mu się stało, ale ogarnęło mnie przerażenie, że ma jakiś niedowład spowodowany uszkodzeniem kręgosłupa… Czym prędzej pojechałam do lecznicy, zrobiono rentgen i wtedy okazało się, że Aslan ma zespół ciężkich wad wrodzonych. Na prześwietleniu nie było widać rzepek, stawy kolanowe praktycznie nie istniały, kości były połączone mięśniami i ścięgnami… Oprócz tego, Aslanowi brakowało niektórych paluszków, inne były zrośnięte lub ze zdeformowanymi pazurkami. Aslan miał również niedorozwój żuchwy i bardzo spłaszczony nosek. Nie potrafił miauczeć, tylko „turkał”.

Prawdopodobnie ze względu na nieprawidłowo wykształconą krtań… Nie wiadomo tak do końca, co było tego przyczyną, u siostrzyczki Aslana wady ujawniły się w mniejszym stopniu. Możliwe, że Ziuta w trakcie ciąży była ciężko niedożywiona lub przechorowała jakąś infekcję i to dlatego kocięta nie rozwinęły się prawidłowo.

Życie czy śmierć?

Propozycja eutanazji była uzasadniona wieloma względami – wiadomo, że przy takich wadach, kotek nie jest w stanie normalnie funkcjonować, a z wiekiem jego stan będzie się pogarszał, bo nieprawidłowo zbudowane stawy spowodują deformacje rosnących kości, pojawią się chroniczne stany zapalne, ból i cierpienie, którego kotek przeżywać nie powinien. Jego przyszłość nie malowała się kolorowo, jakby nie dość jeszcze w swoim krótkim życiu wycierpiał… Teraz, gdy wreszcie znalazł ludzi, którzy go bezgranicznie pokochali, miał żyć jako niepełnosprawny kotek do czasu aż jego nadwyrężany przy każdym ruchu kręgosłup po prostu nie wytrzyma… Potem eutanazja, bo katować biedne, bezbronne zwierzątko ogromnymi dawkami leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych bez żadnej nadziei na to, że nastąpi jakakolwiek poprawa – to nieludzkie…

Od czasu pierwszej diagnozy szukałam możliwości leczenia Aslana, zdając sobie sprawę, że jedyne co może mu pomóc to operacja, ale czy w jego przypadku leczenie chirurgiczne jest w ogóle możliwe, czy ktokolwiek się tego podejmie? Nie było łatwo, odwiedziliśmy wielu weterynarzy. Większość z nich rozkładała bezradnie ręce mówiąc po prostu: „Nie wiem, nie wiem czy to się da zrobić ani kto mógłby się tego podjąć”. Dopiero po kilku miesiącach trafiliśmy na lekarza, który nie tylko podjął się operacji, ale jest ją w stanie przeprowadzić w takim standardzie, żeby ograniczyć do minimum ryzyko niepowodzenia i groźnych powikłań.

Koszty tego leczenia są jednak ogromne, a my oprócz Aslana mamy aktualnie na utrzymaniu jeszcze 14 innych kochanych sierściuchów, które też trzeba leczyć, szczepić i wykastrować… Aslan już raz usłyszał wyrok śmierci, ale ja wciąż wierzę, że uda nam się oszukać przeznaczenie… Kotek jest pod dobrą opieką, zakończyliśmy właśnie leczenie jego pozostałych chorób i udało się nam go po raz drugi zaszczepić. Jest przygotowany do operacji, którą powinno się teraz jak najszybciej przeprowadzić, bo z każdym dniem jego nieleczona wada pogarsza stan pozostałych stawów, kości i kręgosłupa… Jeśli nie zoperujemy Aslana, czeka go coraz większe kalectwo, ból i cierpienie, a na końcu tej drogi jest przedwczesna śmierć.

Wspierając naszą zbiórkę, pomożesz uratować mu życie…  >>TUTAJ<<

Aslan – mały kaleki kotek o wielkim, odważnym serduszku.

Aslan od początku był niezwykły i wyróżniał się wśród innych członków naszego kociego stada. Po pierwsze nie miauczy, co jak na kota, przyznajcie sami, jest dosyć nietypowe. Wydaje z siebie radosne turkanie i oznajmia w ten sposób swoje zadowolenie. Bardzo szybko się oswoił, zaprzyjaźnił z nami i pozostałymi kotkami. Nigdy nie wszedł w konflikt z rezydentami lub tymczasami, a młodszymi towarzyszami niedoli opiekował się ofiarnie, pomagając mi odchować cały miot kociąt, który był u nas od jesieni. Wygrzewał je własnym ciałkiem, wylizywał i pozwalał im ssać swoje długie futerko, znosił z powrotem do gniazda gdy wypełzały, jak prawdziwy adopcyjny Tata...

Ze swojego kalectwa nic sobie nie robi. Ponieważ nie jest w stanie skakać, nauczył się podciągać na przednich łapkach i zdobywa te same wyżyny w mieszkaniu, na które wskakują inne koty. Jego przednie łapki też są okaleczone, mają tylko trzy pazurki, ale on doskonale sobie radzi pomimo tego defektu. Ze względu na zbyt małą żuchwę, ma nieprawidłowo ustawione dolne kły, które ranią górne dziąsło, doprowadzając do trudno gojących się owrzodzeń. Nie wiadomo, czy tych zębów nie będzie trzeba usunąć… Aslan nie może siadać  „w kucki” na łapkach, tak jak to robią psy i koty, wypracował więc sobie pozycję siedzącą „na ogonie”, a brzuchem do góry i wyciągniętymi do przodu nóżkami. Tak mniej go boli, więc najczęściej wypoczywa właśnie w ten sposób.

Nie może normalnie chodzić, kręgosłup zawsze wygięty w literę C, bo tylne nóżki się nie prostują… Ale porusza się, a jeżeli chce gdzieś szybciej podbiec to kica, podobnie do królika. Nasz dzielny, mały wojownik. On bardzo chce normalnie żyć, uwielbia bawić się z innymi kotami a odchowanym kociątkom wciąż jeszcze pozwala się ssać (tak, one to nadal czasami robią, choć już skończyły 5 miesięcy!), wylizuje je i przytula do snu… Uratujemy go. Nie ma innej możliwości… Pomożesz?

ZBIÓRKA ASLANA >>TUTAJ<<

Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kaweczyńska 16/39, 03-772 Warszawa
44 2030 0045 1110 0000 0255 8270
PayPal: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Pomagaj regularnie - to proste!

  • img

    Ustaw płatności cykliczne

    Nawet niewielka kwota wpłacana regularnie bardzo nam pomoże.

  • strzałka
  • img
    logo

    Podepnij kartę kredytową lub konto PayPal

  • strzałka
  • img

    Udostępniaj

    Zachęcaj innych do działania!

[{"amount":"793271.56"}] [{"count":"475"}]

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies . Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych (RODO). Więcej o samym RODO dowiesz się tutaj.